Jestem kobietą sukcesu, a dopiero się rozkręcam!

W jednej ze swoich piosenek śpiewa: Bo trzeba mieć nadzieję, że biznes się opłaci, że będzie z niego zysk, a firma nic nie straci. (…) Jest pewne sztywne prawo. Tak jasne, jak to słońce, że jeśli robisz biznes, to zrób też i pieniądze. O tym, jak bardzo pasja i wiara pomagają w karierze, jakimi prawami rządził się show-biznes kiedyś, a jak wygląda teraz, oraz czy współczesne Polki mogą nazwać się kobietami przedsiębiorczymi rozmawiamy z królową polskiej piosenki Marylą Rodowicz.

Gdy zaczynała Pani występy na scenie, odnosiła Pani również sukcesy sportowe. Co sprawiło, że jednak wybrała Pani profesję wokalistki?

Śpiewanie od zawsze było moją wielką pasją, która zwyciężyła. Zaczynałam śpiewać już jako dziecko, w szkole na akademiach i w trakcie wyjazdów na kolonie. Później także na obozy sportowe jeździłam z gitarą. Kiedy zaczęłam studia na Akademii Wychowania Fizycznego, interesowało mnie tylko to, aby zacząć śpiewać w klubie studenckim.

Jak się Pani odnalazła w świecie show-biznesu? Było Pani trudniej niż mężczyźnie czy nie ma różnicy?

W show-biznesie działam już 45 lat i myślę, że tu absolutnie nie ma znaczenia, czy jest się kobietą, czy mężczyzną. Natomiast parokrotnie natknęłam się na inną trudność. Jest ona związana z modą, kiedy na scenie pojawia się nowy, dotąd nieznany wykonawca – „świeża krew”. Wówczas aktualnie działający artyści tracą odbiorców, bo pojawia się konkurencja. Tak było na przykład na początku lat 80. W latach 70. śpiewałam ballady z pięknymi, poetyckimi tekstami Agnieszki Osieckiej, Jonasza Kofty i Wojciecha Młynarskiego. Potem nagle przyszła zmiana społeczna: Solidarność, stan wojenny. Pojawiły się zespoły rockowe, które mówiły innym językiem niż ja. Pojawiły się Kult, Kazik, T.love. To byli nowi idole, którzy mówili ówczesnym językiem młodzieży – językiem buntu. Dalej miałam swoją wierną widownię, ale nie grałam już pierwszych skrzypiec. Drugi taki trudny moment przyszedł dla mnie w latach 90., kiedy dokonywały się przemiany polityczne. Wtedy zaczęto zarzucać nam – artystom z lat 70. – że my się kojarzymy z PRL-em, który właśnie się skończył, i trzeba nas „unicestwić”, bo jest to w ogóle podejrzane, że kiedyś robiliśmy karierę. Skoro robiliśmy karierę, to znaczy, że byliśmy w partii – co było oczywiście bzdurą. Niemniej tak było, niechęć młodych mediów była bardzo wyraźna. W tym samym czasie pojawiła się również płyta kompaktowa. Pamiętam, kiedy mój mąż przyszedł pewnego dnia do domu i powiedział „słuchaj, wszyscy mają już płyty kompaktowe, a ty nie masz”. Postanowiłam więc wydać swoją pierwszą taką płytę – wparcia finansowego udzieliła mi wtedy Agnieszka Osiecka.

A co z większymi koncernami wydającymi płyty?

Kiedy wielkie koncerny weszły do Polski, były zainteresowane głównie młodymi artystami: Edytą Górniak, Anitą Lipnicką i Kasią Nosowską. Artyści tacy jak ja nie byli dla nich łakomym kąskiem. Mój mąż postanowił wtedy, że sam wyda moją płytę i w ten sposób stworzył firmę płytową. To był rok 1994 – założyliśmy firmę Tralala zajmującą się wydawaniem i promocją płyt.

Ile kosztuje założenie własnej wytwórni?

Firma TRA-LA-LA była jednoosobową firmą w postaci mojego męża, który swoje działania biznesowe odłożył na półkę i zajął się promocją moich płyt. Bieganie po redakcjach gazet i rozgłośniach radiowych zajmowało mu całe dnie.

Jakie były zalety nagrywania „u siebie”?

Przede wszystkim nikt nam nie patrzył na ręce i nie liczył kosztów. Mogliśmy pracować w studiu i nagrywać. Zapraszałam najlepszych muzyków do współpracy: z filharmonii, gitarzystów bluesowych, stworzyłam superchór. To było coś. Pierwszą płytą wydaną przez mojego męża była „Marysia biesiadna”, zawierająca najbardziej znane polskie melodie ludowe, takie jak Idzie dysc, Przybyli ułani pod okienko, Hej, sokoły. Bardzo mi pomogła Nina Terentiew, która w tamtym czasie była szefową TVP2. Pokazała w telewizji koncerty promocyjne moich płyt. Karta się odwróciła, zaczęłam częściej koncertować. Odbiłam się. A potem było już tylko lepiej. Mąż „sprzedał” mnie wytwórni Universal, która do dziś wydaje moje płyty.

W społeczeństwie pokutuje przekonanie, że piosenkarz musi dużo zarabiać. Czy zawód piosenkarki to faktycznie dochodowy interes?

W czasach PRL-u był inny system wynagradzania. Za koncert dostawało się stawki ministerialne i nie miało znaczenia to, czy grało się na stadionie, czy w małej salce. Dawało się za to bardzo dużo koncertów, bo około 300 rocznie, za niewielkie pieniądze. Pracowaliśmy na umowach śmieciowych, nie mieliśmy żadnych świadczeń, opieki zdrowotnej, emerytur itd. Od lat 90., kiedy zmienił się cały świat show-biznesu, to menedżer zaczął podpisywać kontrakty, w których określane było wynagrodzenie dla mnie i dla zespołu. Zaczęły też obowiązywać zupełnie inne stawki. I właściwie pierwsze pieniądze zarobiłam w 1997 roku. Odbyła się wówczas trzymiesięczna trasa koncertowa, w której udział braliśmy ja z zespołem, Seweryn Krajewski, Marek Grechuta z zespołem, Czesław Niemen oraz legendarny zespół The Animals. Zarobiłam swoje pierwsze pieniądze tylko dlatego, że mój mąż podpisał dobrą umowę z organizatorem. Pamiętam, że niektórzy artyści nie dostali żadnego wynagrodzenia, bo nie mieli odpowiedniej umowy. Umowa to podstawowe narzędzie pracy, trzeba na nią szczególnie uważać. Nie mam pojęcia o umowach i języku prawniczym, ale na szczęście bardzo wspiera mnie mąż. Wynajęliśmy również prawnika, który redaguje moje umowy tak, abym uniknęła wszelkich wpadek.

Jest Pani wokalistką lubianą, cenioną i rozpoznawalną. Czy czuje się Pani kobietą sukcesu?

Wydałam ponad 30 płyt i mam akceptację publiczności, a to są między innymi wymiary sukcesu. Ciągle jednak robię coś nowego, podnoszę sobie poprzeczkę i – prawdę mówiąc – ja się dopiero rozkręcam.

Przez te 45 lat pracy w zawodzie nie znudziło się Pani granie i koncertowanie?

Ależ skąd, pasja nie może się znudzić. Kiedy zaszłam w ciążę, byłam spanikowana, że to już koniec mojej kariery. Zupełnie nie wiedziałam, co dalej z moim śpiewaniem. To był początek lat 80., pracy nie było, wszystkie kontrakty zostały zerwane, stan wojenny, a ja z rocznym dzieckiem, w ciąży z drugim. W dodatku mieszkałam w bloku na Ursynowie, gdzie wiało przez dziury w wielkiej płycie i ciągle wyłączano wodę. Warunki były naprawdę bardzo ciężkie.

A jak to jest z przedsiębiorczością kobiet w Polsce? Czy Polki to zaradne, samodzielne i pełne pasji kobiety, które nie boją się wyzwań? Czy zaczynając swoją karierę, dopuszczała Pani do siebie myśl, że w przyszłości będzie Pani miała własną wytwórnię?

Nie, w życiu! Wytwórnia była założona z konieczności, ponieważ nikt nie chciał wydawać moich płyt. Musiałam wykazać się przedsiębiorczością i zacząć się ratować. Tak samo działa wiele Polek. Kiedy stracą pracę, szukają innych sposobów, żeby zarobić, żeby przeżyć. W ten sposób powstaje wiele firm. Polki dzisiaj są pewniejsze siebie, mają większe ambicje, które realizują, stały się niezależne. W Polsce bardzo długo panował mit, że kobieta musi zostać w domu i nie ma nic do powiedzenia, a już na pewno szkoda czasu na realizowanie jej ambicji zawodowych. To na szczęście się zmieniło, teraz kobiety mają możliwość realizowania się nie tylko jako żony i matki. I kochanki.

Część młodych kobiet mających firmy nie lubi się przyznawać do tego, że są kobietami sukcesu. Myślą o sukcesie w kategoriach tego, co jeszcze mają do osiągnięcia. Czy polskie kobiety nie są zbyt skromne?

Błąd popełnia ten, komu się wydaje, że już wszystko wie i wszystko osiągnął. Musimy wyznaczać sobie cele i dążyć do perfekcji.

Czy ktoś kiedyś powiedział Pani, że powinna zostać w domu i zajmować się dziećmi zamiast robić karierę?

Raczej zdarzają się dziennikarze, którzy pytają: a kiedy Pani w końcu przestanie śpiewać? Ile można? Czy nie myśli Pani o emeryturze? Mój zawód polega na akceptacji publiczności. Jeślibym jej nie miała, to dla kogo bym śpiewała? No może dla moich kotów. Dopóki jednak cieszę się popularnością i wystarcza mi energii, dopóty będę robiła to, co kocham. Myślałam, że w tym roku nie będę śpiewała na sylwestra w plenerze i bardzo się z tego cieszyłam. Przyszła jednak propozycja z telewizji publicznej: robią sylwestra we Wrocławiu z okazji 60 lat telewizji. Zgodziłam się z przyjemnością, ponieważ czuję się bardzo związana z telewizją. Zrealizowałam ponad 600 programów w telewizji. Teraz trwają przygotowania: nocne spotkania ze stylistami, wymyślanie kostiumów, próby z muzykami, spotkania z choreografem itd. Mój 10-minutowy pobyt na scenie wymaga wcześniej bardzo wiele pracy. Trzeba zainwestować w kostiumy, w stylistów, wynajęcie sali na próby – te wszystkie koszty służą jednak osiąganiu sukcesu.

Zdobyła Pani wiele nagród muzycznych oraz tytułów najlepszej wokalistki, a Pani piosenki obsypywane były wyróżnieniami. Czy któryś tytuł była dla Pani szczególnie ważny? Czy te wyróżnienia pomagały Pani w codziennej pracy?

Wyróżnienia dodają pewności siebie. Są dowodem na akceptację. Parę dni temu dostałam na przykład wiadomość, że zostałam Człowiekiem Roku na Ukrainie, niedawno otrzymałam również Perłę Kultury. To jest nie tylko bardzo miłe, ale przede wszystkim daje satysfakcję z mojej działalności. Największą jednak nagrodą dla mnie jest akceptacja publiczności – to, że ona jest ze mną i że dobrze się bawi przy mojej muzyce. 9 grudnia zagrałam koncert w Sali Kongresowej przy pełnej sali i wielkim entuzjazmie widowni. I o to chodzi.

Dziękujemy za rozmowę.

rozmawiała: Barbara Sielicka, Katarzyna Jeznach
zdjęcia: Daniel Nejman, prywatne zasoby Maryli Rodowicz
źródło: Bankier.pl/ 29.12.2012

Powrót